..zły duch.. mieszka tak daleko stąd..

NieSpreCyzowana.moJa.SenNa.u-spiry-tys-tyczNio-Na

show your people how we died

Cóż. Padało.
– To o „wakacjach”.
Przez chwilę na tym chciałam skończyć, ale potem doszłam do wniosku, iż nic nie stoi na przeszkodzie, by rzucić parę zdań jeszcze. W przestrzeń.
Zatem, zdanie pierwsze:
Przeczytałam „Fiolet”, zginęli prawie wszyscy, których polubiłam.
Zdanie pierwsze było bardzo naiwne i nie znające się na rzeczy.
[miło byłoby kiedyś jeszcze wzruszyć się tak bardzo bardzo podczas czytania. żeby łzy pociekły]
Teraz zdanie drugie:
Żółw, czyli Buba, czyli Hania jest urocza i bardzo pozytywna, oczywiście tylko wtedy, kiedy ma dobry humor.
Zdanie drugie było oczywistą oczywistością i niepotrzebnie zostało napisane.
[dobrze byłoby mieć dużo cierpliwości i umieć się porozumieć bez słów i zbędnych ceregieli]
Na koniec napiszę zdanie trzecie, ostatnie:
Ja jak coś robię, to zawsze nie tak.
Zdanie trzecie nie wiem, czy wymaga komentarza.
[wspaniale byłoby trochę więcej myśleć i nie przegrywać ze sobą za każdym razem, bo to jest już straszne coraz bardziej. ja rosnę w siłę a ja totalnie słabnę i robię się totalnym wymoczkowatym marudą]

Reklamy

let’s save The World

Dziś:

-Powinnaś na kolanach całować dłonie i stopy męża twego. Powinnaś być wdzięczna za wejście do takiej rodziny. Drugi Taki Idealny mąż to tylko w niebie może być.

W takich chwilach czuję się jak śmieć.
~~*~~
Dance with me.

W ten sposób ocalimy swoje istnienie.
W ten sposób pokonamy wszelkie zło.
Kiedy wirujemy w tańcu wszystkie gwiazdy zlewają się w jedno.
Stają się słońcem.
Kiedy klaszczę odpędzam demony.
One się boją.
Wtedy przybywają anioły. Są wcieleniem dobroci.
Mówią nam, że będzie dobrze.
Mówią nam, że jesteśmy silni i piękni.
Mówią nam, że jesteśmy jednością.

So.. that’s the Zen, baby.

M^gu

prophet

Prorok Anakhiel kazał na Górze w czasie, kiedy deszcze bardzo zalewały świat. I głos jego, mimo, że mocny niczem głos dzwonu odlanego ze spiżu nieraz ginął wśród wściekłych gromów. Pośród szumu deszczu lejącego się z nieba słychać było, jak woła.

„Przebudźcie się! Póki jest ku temu czas!”

Stoki owej góry, na której kazał zamieniły się szybko w potoki rwącej wody. Wymieszana z błotem i pyłem brudna taka pieniła się w załomach między skałami.

„Przebudźcie się! Póki jadu nie ma w was!”

Niewielu ludzi odważyło się przybyć i osobiście wysłuchać, co woła do nich prorok. Bali się gniewu natury, bali się wody, grzmotów i błysków. Bali się gniewu proroka.

„Przebudźcie się! Nie nadszedł jeszcze dzień!”

A on w ogóle nie zwracał uwagi na to, że tak mało ludzi przyszło posłuchać jego słów. On zapatrzony był w dal i z uwagą słuchał swojego wnętrza, by chwilę później dokładnie powtórzyć wszystko ludziom na głos.

„Przebudźcie się! Nie ukarze nikt już was!”

Czy on był szalony? Niektórzy mówią, że bardzo. Inni, że to my jesteśmy szaleni, że mu nie ufamy. Jeszcze inni, że on jest całkowicie zwyczajnym człowiekiem, tyle że nie umie żyć w cieniu.

„Przebudźcie się! Będziecie lepiej żyć!”

Dziś Tańczą bryzy Słonych mórz

Ostatnio wybraliśmy się do lasu. Las, wiadomo, przyjemne miejsce i takie uroczyste. Było dobrze. Ze mną, z nami.
Początkowo szłam za nim, wszechobecne pajęczyny były mi niemiłe. Nie lubię, kiedy oblepiają mi twarz, szyję czy przedramiona. Nie lubię, kiedy pająki deptają po mnie swoimi sześcioma nogami.

Ale po pewnym czasie zmieniłam zdanie. Wybiegłam naprzód. Nie przejmując się, ciesząc się. W pewnym momencie nie myśląc wiele zboczyłam ze ścieżki i wpadłam w największy gąszcz drzew i pajęczyn.

Przedzieranie się przez zarośla i pajęczyny trochę zwolniły bieg, ale, co dziwne, nie zniechęciły. Ciągle naprzód i naprzód. A potem wyżej i wyżej.

I ja go zawołałam, a on mnie spostrzegł podniósłszy głowę. A potem biegliśmy razem wyżej i wyżej. A biegnąc tak osiągnęliśmy szczyty drzew, i biegliśmy ponad pajęczynami które zachodzące słońce zabarwiło na pomarańczowo..

Było pięknie.

oni są źli i mówią nieprawdę chcą nas rozdzielić i posłać do piekła

Nie wiedziałam, a wręcz miałam nadzieję, że TYM RAZEM będzie inaczej. Ale dlaczego miałoby być inaczej?
Nadzieja i plany to za mało.
Jeszcze należy, a nawet powinno się mieć dużo siły.
Kiedyś miałam siłę.

Ale dlaczego uważam, że już jej nie mam? Jeśli tak uważam, to rzeczywiście ona nie istnieje.
Jej istnienie zależne jest od tego, jak bardzo jest otwarty mój umysł na tą siłę.

Teraz jest jak jest, dlaczego żałuję, że nie jest inaczej?
Jak mogę żałować, że nie jest inaczej, skoro tylko trochę wiem, jak chciałabym, żeby było?

Dlaczego te cholerne małe kroczki do przodu jakoś nie wychodzą?
Czemu stoję w miejscu i wszystkim narzekam, że tak jest?
Jak mogę sprawić, żeby było inaczej?
Z jakiej racji wymagam odpowiedzi „skądś” skoro sama powinnam ją znać?

Nie powinnam czasem..
Nie.
Muszę się wziąć..
Nie.
Wypadałoby..
Nie.

-Kuba, Nie wiem, może to błąd?

Ostatnio uczestniczyłam w bardzo dziwnym zdarzeniu?
Czy ja w ogóle mogę o tym napisać „bardzo dziwne zdarzenie” ?!
Sądzę, że to niezbyt adekwatne, a niech tam. Mimo wszystko. Dziwnosci się mu odmówić nie da.

Otóż. Mieszkanie, pokój. Człowiek-nie-człowiek, taki wysoki i troszkę dziwny. Ksiądz i ja. Mnie tam najmniej było. Ale rozmawiałam z tym człowiekiem-nie-człowiekiem. Chwalił się bardzo, ah, jak się chwalił. Mianowicie twierdził, że ta jego dziwność wcale nie jest taka dziwna jak wszyscy twierdzą, w gruncie rzeczy jest zupełnie normalny, tylko że ogromny i ma coś z biodrem.

Tylko tyle. Ot, biodro i ludzie od razu mówią, że nie jest człowiekiem. Aby udowodnić swoje twierdzenie poprosił księdza, aby udzielił mu komunii. Ksiądz stwierdził, że to jest bardzo zły pomysł, i że mu odradza. Tamten, rzecz jasna, napotkawszy opór upierał się ze zdwojoną siłą.

Biedny był ten ksiądz. Chyba nie za bardzo wiedział, co zrobić. W końcu westchnął, pod nosem coś mruknął i podetknął tamtemu hostię pod nos.

Na początku, zgodznie z planem człowieka-nie-człowieka nic się nie działo. Powoli zaczynał rozkręcać się w tryumfowaniu. Ale po chwili.. Po chwili zsunął się z wersalki na której siedział i tarzał się po podłodze, widziałam jak zarastają mu powoli usta. Udusił się.
Po prostu.

Byłam niesamowicie poruszona. Trochę otrzeźwił mnie telefon od kolegi, który chciał umówić się, tzn zebrać ekipę i się spotkać. Tylko że nie słyszałam ani jednego z proponowanych przez niego terminów. Niesamowicie cicho mówił, i jeszcze ten jego głos niósł się strasznie, rozchodził i uciekał przede mną. wywnioskowałam, że w pracy jest, na jakiejś hali, bo wydawało mi się, że słyszę pracujące maszyny..

P.S. żeby nie wiedzieć, w jakiej temperaturze topnieje Al to wstyd… Wstydzę się. Ale już wiem, ze w 660.

Perła

***
– Dzień dobry. Jestem Małym Buddą.
– Dzień dobry. Jja.. Ja jestem..
– Wiem.
– Aha.
– Chwyć w dłoń odrobinę powietrza. Zobacz, jakie jest miękkie. To Ci pomoże.

***

kiedy narcyz kwitnie, wody się burzą. kiedy bez przekwita – ziemianie się nużą.

Teoretycznie pocieszać bym się mogła, że każdemu się może zdarzyć. Mimo tego pocieszenia – byłam niezadowolona.
Otóż – wysiadłam z autobusu pewną będąc iż dojechałam do dworca. Okolica co prawda wydała mi się średnio znajoma, ale nie zważając na to szłam w kierunku uznanym przeze mnie za właściwy.
Prawie że pod auto wpadłam.. jeszcze ktoś na mnie nakrzyczał, że niby nie patrzę, gdzie idę.

No i dotarła do mnie prawda w całej okazałości: jestem w zabitej (dosłownie) dechami dziurze.. droga wąska, popękana. Ubogie gospodarstwa w których bawią się ubogie dzieci (dodam jeszcze, że brutalność ich zabaw mnie przeraziła, widziałam zrezygnowanego pieska przebitego jakimś żelastwem oraz drugiego, ze zbyt mocno ściśniętą smyczą).

Przystanku autobusowego trochę się naszukałam, jeszcze biegałam z jednej strony ulicy na drugą, zastanawiając się gdzie ten właściwy. W końcu, bo czekanie się dłużyło bardzo, jacyś miejscowi pokazali mi drogę „na skróty”. Uf. No więc skorzystałam.

Gdyby to był koniec przygód na ten dzień, to by jeszcze uszło. Ledwie wróciłam do domu mężczyzna mój wyciągnął mnie na wycieczkę po jakichś piwnicach i podziemiach. „super łatwa i szybka droga do mojej koleżanki, zobaczysz” -mówił. No więc dobra.

Wprost z tych podziemi wychodziło się do kuchni owej koleżanki, która, jak tylko się wyłoniłam, zaczęła opowiadać, że ma dwójkę gości, że oni jeszcze śpią, a ona w tym czasie sobie po cichutku sprząta kuchnię, układa, gotuje. Wszystko tak cichutko, żeby ich nie obudzić.

Szalony był to wieczór. Napiszę tylko tyle, że dawno już nie wypiłam takich ilości herbaty. Rozmawialiśmy o przeróżnych sprawach, naprawdę, nawet o wyjeździe dnia następnego do hiszpanii. Z braku sponsorów odmówiliśmy, ale pomarzyć dobra rzecz.

Nie wiem kto mądry taką rzecz wypowiedział, ale Maciej się zastosował. Zaczął smarować żółwia trucizną po której małej skóra stawała się bardzo czerwona i nieładna. Bez zmartwień jednak – zapewniano – trucizna zapewni małej, że się odrodzi na nowo.

Po powrocie do domu patrzyłam na żółwia z niepokojem. Jedno oczko przymknięte, czerwoność prawie zeszła, ale generalnie wyglądała niefajnie. Zaczęłam się obawiać, że jeśli faktycznie po tej truciźnie umrze, to jaka gwarancja, że będę umiała ją odrodzić?

Poszłam się umyć. Tam kolejna straszna rzecz. Wołam mamę – mamo, powiedz co to, czy mam się martwić?
Mama krzyczy. Robi wyrzuty, że to wszystko przez wczoraj, że przez alkohol, że to moja wina..
A ja, no cóż. Nie przestałam się bać.

ze mną się, kurwa, nie napijesz ?!

A mnie się nie za bardzo chce śmiać, bo ostatnio spacerowałam bo bardzo chwiejnym i bardzo niesolidnie wykonanym moście. Mając nad sobą niebiosa całe w błękicie i złocie a pod sobą tajemniczą i skłębioną, jak i (zapewne) nieokiełznaną mgłę i ciemność.

Ciemność i mgłę.
Zamgloną ciemność.
Ciemną mglistość.

Wszystko zaczęło się od tego, że nie mam cierpliwości. Nie mam spokoju w głosie, nie mam ducha statecznego. No a wiadomo, żółwie wyczuwają takie rzeczy.

Potem już poszło łatwo, niezadowolenie, rozchwianie na wietrze, zmarznięcie na zimnie, skok do niepewnej wody (nawet jeszcze przed puszczeniem po niej kaczki!!).

I tak zabrnęłam w to miejsce dziwne i niejasne. Porzucając po drodze swoje postanowienia i zasady, swoje nawyki i sposób myślenia. Może dobrym pomysłem by było przejść przez ten most na drugi brzeg (a ja się wycofałam, jak to ja, tuż przed końcem) tak by się oczyścić. Zafundować sobie własne katharsis. Prywatne. I osobiste.

Niewiem no niewiemno. Się posypało. Ale w środku, bo na zewnątrz jest ok. Znów osiągnęłam minimum lokalne. Znów trzeba się namęczyć ze wspinaniem.

To w zasadzie podobnie jak z wędrowaniem na Sywulę. Idziesz i ciągle myślisz, że ta następna góra będzie tą właściwą. Ale kiedy zadowolony wchodzisz na jej szczyt – widzisz kolejną, większą. Więc myślisz sobie: „o, to będzie na pewno tamta”. Po czym sytuacja się powtarza i powtarza. Aż jesteś tak zmęczony, że przestajesz myśleć. A wtedy.. wreszcie. Osiągasz szczyt.

Na samym dnie neony oślepiają mnie

Chyba się zestarzałam

(?)

Kto w dzisiejszych czasach, w moim wieku

(Age:24,5)

ma takie priorytety?

(1/ fajnie w domu
2/ wyprasowane ubranka dla żółwia
3/ upieczone/ugotowane)

Plus oczywiście parę normalniejszych rzeczy

(jakaś impreza (ehh, cocacolowa)
jakaś książka
jakiś film
jakiś WYJAZD (ehh, góóry..)
jakaś rzecz zrobiona tylko dla siebie)

Wniosek jest taki, że chyba nie w tej epoce się urodziłam, bo marzenia też mam dziwne

(domek z ogródkiem w czyssstej i naturallnej okolicy)

choć nie tylko

(nie pracować, nie jestem zwierzem pracującym, 8h ?? haha)

Aleśmy sobie do dupy życie zorganizowali

(ludzkość generalnie)

Dziś żółw przejawia wyjątkową dzienną aktywność, aż mi się babki przypalają. No i jeeee. Eh. je. A ja się stresuję za każdym razem, jak zaczyna.

Bo to jest takie „chap!” & action begins.

Jeszcze się pożalę:
śniadanie po 12 a na obiad nie miałam czasu. A ja muszę dietę!! co najmniej 5 posiłków dziennie. fUck.

tzn doba za krótka albo ta organizacja nawala.
no. nawala nawala. ale czas. 2 tyg minęło, to nie dużo. jeszcze.